Droga, jakich wiele – recenzja

Droga, jakich wiele – recenzja

„Droga, jakich wiele” to powieść na motywach autobiograficznych Elżbiety Żłobickiej. I jest to wbrew pozorom powieść, jakich niewiele.

Książka ta jest w stanie nas porwać, unieść w powietrze gęste od emocji, choć okraszona jest językiem prostym i zrozumiałym. Nie jest to jednak jej wadą, nawet w najmniejszym stopniu. „Drogę…” chłonie się jednym tchem, nie tylko dzięki językowi, ale i niezwykle obrazowym opisom.

Jak wiele może unieść człowiek, ile sił znajdzie, opuszczony przez najbliższych i zbierający co rusz bolesne ciosy od życia? Jak widać, można unieść i samego siebie, i przyjaciół, i rodzinę, i własne załamania, i kolejne prztyczki od losu.

To historia życia, ale też wiele rozważań, ukrytych w dialogach czy opisach przyrody, która współgra z wydarzeniami. Oniryczny charakter wielu rozdziałów dodaje powieści smaku. Wiersze natomiast, które przewijają się przez kolejne karty „Drogi…” ujmują swoją wnikliwością i lekkością pióra autorki.

Nie jest to jednak powieść łatwa w odbiorze, o nie. Poleciłabym ją starszym czytelnikom, którzy mają już w sobie pewną dojrzałość, i są w stanie z taką dojrzałością właśnie podejść do powieści osoby, której życie nie rozpieszczało. Nie znaczy to, że w książce gęsto jest od pesymizmu. To raczej realne spojrzenie z dystansu, z którego można dostrzec również te jasne strony.

Myślę, że Ela potrafi nas wiele swoją Drogą nauczyć. Przede wszystkim tego, że to, co robimy, ma zawsze swoje konsekwencje. Bohaterkę podziwia się za jej upór, by mimo przeszkód, wciąż dążyć do szczęścia. Ale nie takiego egoistycznego, „byle to mi było dobrze”. Raczej do cichego zadowolenia z siebie i radości ze szczęścia innych.

Horyzont – krótka recenzja w kąciku z kawką

Horyzont – krótka recenzja w kąciku z kawką

Hej! Nie było mnie tu przez jakiś czas. Mam jednak zamiar kontynuować prowadzenie bloga, który przecież jest moją odskocznią od codzienności. Bardzo tej odskoczni potrzebowałam, jednak były ważniejsze sprawy. To nie tak, że uciekałam od pisania. To nawet nie tak, że potrzebowałam przerwy. Nie miałam jednak zbyt wiele czasu. Musiałam go wykorzystywać w stu procentach, poświęcić sprawom, o które trzeba było zadbać. Na szczęście nie trwało to jakoś baardzo długo. 🙂 Tymczasem przejdźmy do sedna.

O twórczości pana Małeckiego nie trzeba mówić wiele. To literatura, która broni się sama.

„Horyzont” Jakuba Małeckiego zaskakuje świeżością spojrzenia. Mogłoby się wydawać, że to powieść jakich wiele – żołnierz, zagubiony w rzeczywistości, do której powraca, nieporadny w emocjach, z kulejącymi stosunkami rodzinnymi… Jednak to o wiele więcej.

Maniek Małecki wraca z wojny w Afganistanie z PTSD i pokiereszowanymi wspomnieniami. Ból, jaki bije od tej postaci, wprost kapie z niektórych zdań tej historii. Jednak to nie tylko ból. To też ślady nadziei, która przewija się niemal niepostrzeżenie przez karty książki.

„Horyzont” jest do głębi ludzki. Pełen niedomówień, a jednak prosty w wymowie. I tą właśnie prostotą pan Małecki mnie ujął. Już dawno. Nie potrzebuje wyszukanych słów, by zbudować mocną, uderzającą po żebrach historię. Ta akurat uderza od środka.

9/10

„Cała prawda o szczęściu” – recenzja

„Cała prawda o szczęściu” – recenzja

„Cała prawda o szczęściu” to powieść pióra Sawyer Bennet.

calaprawda

Młody weteran wojenny, Christopher, by nie wylądować w więzieniu, jest zmuszony iść na terapię. Poznaje tam Jillian, Barb i Connora. Każdy z tych bohaterów to osobna historia, która rozgrywa się na kartach książki, osobne problemy, jednak łączą się one w sposób, który nie jest najłatwiejszy do przewidzenia. Kiedy wyruszają w podróż, nie do końca są świadomi, że będzie to podróż ich życia.

Lubię powieści drogi. Nie wiem, dlaczego tak przypadają mi do gustu, może dlatego, że nie przeczytałam ich zbyt wielu. „Cała prawda o szczęściu” to kolejna z nich. I powiem wprost: jest dobra.

Christopher to prawdziwy „cham i prostak”, przynajmniej na początku. Kiedy obserwujemy jego przemianę pod wpływem zdarzeń i znajomości, zwłaszcza z Jillian, zaczynamy rozumieć przyczyny jego wcześniejszych zachowań. Wszystko układa się w logiczną całość.

Ta książka jest przepełniona bólem. Ale, żeby nie było zbyt okropnie, dostajemy parę recept na ten ból. Tylko czy są one niezawodne? Nikt nie mówił, że będzie łatwo, a cierpienie jest nieodłączną częścią naszej egzystencji. To też pomaga zrozumieć ta książka. I choć nieraz jesteśmy pogrążeni we własnym mroku, słońce nadal istnieje. Może po prostu chwilowo nie czujemy jego promieni.

Te 300 stron powieści przeleciały mi migiem. Jak już raz z nią usiadłam, czułam, że nie wstanę, póki jej nie skończę. I skończyłam.

I jestem pod wielkim wrażeniem.

Podobały mi się kreacje postaci. Podobały mi się perypetie bohaterów. Podobała mi się narracja. Podobało mi się przesłanie tej powieści. Czy coś mi się nie podobało? Jedno z pewnością: książka była za krótka.

8/10

Woda dla słoni – Sara Gruen – recenzja w kąciku z kawką

Woda dla słoni – Sara Gruen – recenzja w kąciku z kawką

woda dla sloni

Cześć! 🙂 Na początku tej recenzji chciałabym przytoczyć opis książki:

Porywająca opowieść o niezwykłej miłości i wielkiej przygodzie, która na zawsze odmieniła życie wszystkich bohaterów. Jacob Jankowski to żywiołowy student weterynarii, jego świat przewartościowuje wiadomość o śmierci rodziców. Pod wpływem impulsu rzuca studia i przyłącza się do wędrownego cyrku, który staje się dla niego zarówno zbawieniem, jak i piekłem na ziemi. Z determinacją próbuje odnaleźć się w tym pełnym skrajnych emocji świecie, sytuację komplikuje jednak uczucie do pięknej Marleny, żony charyzmatycznego tresera Augusta.

Woda dla słoni to mądra, wzruszająca i zabawna powieść, barwni bohaterowie i porywająca narracja wciągają bez reszty.

Czy to faktycznie „porywająca opowieść” i „porywająca narracja”? „Niezwykła miłość” i „wielka przygoda”? Poniżej znajdziecie odpowiedzi na te pytania.

Nie było mi łatwo zabrać się za pisanie tej recenzji. Wolę pisać o książkach, które mnie poruszyły, dały do myślenia, czy nawet takich, przy których „tylko” dobrze się bawiłam. Tutaj… cóż, to była ciężka przeprawa. Nie mówię jednak, że to było doszczętnie złe (ani nie powiem, że było dobre). Zdecydowałam się na tę powieść, bo bardzo spodobał mi się film. I to nie była najlepsza decyzja.

Według mnie najmocniejszym punktem tej powieści były rozdziały, które działy się we współczesności, niebędące wspomnieniami. Starszy pan zyskał moją sympatię, mimo swoich humorów czy tego, jak zdarzało mu się traktować ludzi. Był człowiekiem z krwi i kości. Jego zachowanie budziło śmiech, czasem współczucie. Natomiast jeśli chodzi o młodego Jacoba…

Tu również trudno jest mi się wypowiadać. Z pewnością był to interesujący bohater, ale miałam wrażenie, że nieco zbyt płytko określony przez autorkę. Dawał sobą pomiatać na prawo i lewo, a gdy już (UWAGA: SPOILER)  miał dokonać czegoś imponującego, sprawę załatwiła za niego słonica.

Postać Marleny wykreowano chyba tylko na papierze: w mojej wyobraźni jawiła się jako płaska i bez wyrazu delikatna lalka. Również dawała sobą rządzić, a miłość Jacoba stała się miłym połechtaniem jej ego. Tak przynajmniej to odczuwałam podczas lektury.

Samo uczucie, jakim darzyli się rzekomo Jacob i Marlena było płaskie jak stół. Niby miłość od pierwszego wejrzenia, niby wielkie poświęcenie – ale dla mnie to mętne, niedopowiedziane (w sensie, niestety, negatywnym), puste. Zmarnowany potencjał.

Narracja płynęła dość wartko. Na każdej niemal stronie coś się działo. Doznałam sporego zawodu, gdy okazało się, że najciekawsze sytuacje w powieści nie były dziełem ciężkiej pracy wyobraźni pani Sary Gruen, lecz wydarzyły się naprawdę. Nie twierdzę, że życie nie może nam dostarczać inspiracji, ale jeśli jedyną mocną stroną książki są wydarzenia uprzednio gdzieś już opisane, czuję lekki zawód. Z drugiej strony: można pisać o faktach, ale wypadałoby je połączyć jakimś logicznym ciągiem przyczynowo-skutkowym. Tutaj tego zabrakło.

Jest to więc książka poniekąd oparta na faktach, poniekąd wymysł autorki (ale tam, gdzie mogłaby popisać się piórem, zieją czarne dziury) i trudno zakwalifikować tę dziwną hybrydę do czegokolwiek. Ja śmiertelnie się wynudziłam (mimo tego, że wciąż coś się niby działo), a książkę skazuję na wieczny pobyt na półce. Nie polecę jej nikomu, chyba że jako pomoc w zasypianiu.

Może ktoś z Was czytał „Wodę dla słoni” i ma inne zdanie, którym chciałby się podzielić? 🙂

Na zachętę

4/10.

 

 

 

Adam – A. Czykierda-Grabowska – recenzja w kąciku z kawką

Adam – A. Czykierda-Grabowska – recenzja w kąciku z kawką

adam_czykierda_grabowska

Choć nie czytam już powieści z gatunku „New Adult”, ta książka przekonała mnie, że warto. Oczywiście nie osądzam całego gatunku po jednym przykładzie – ale jeśli „Adam” miałby go reprezentować, polubiłabym się z nim na dłużej.

Dziewczyna o sercu, które czuło za mocno

Bohaterką tej książki jest bezimienna nastolatka, której rodzice prowadzą rodzinę zastępczą. Trafia do niej Adam – skryty chłopak, który zwraca uwagę dziewczyny spojrzeniem ciemnych oczu i tajemnicą, którą zdaje się skrywać. Ona też ma swoje sekrety. Czy los, który postanowił połączyć ścieżki tych dwojga, okaże się dla nich łaskawy? Tego dowiecie się, sięgając po „Adama”.

Dziewczyna nie potrafi nie przywiązywać się do dzieci, które „przejmują” jej rodzice. Chciałaby mieć do tego takie podejście, jak jej matka, która zdaje się nie przejmować tym, że okres pobytu danego dziecka w jej domu właśnie się skończył, i z radością wita kolejne w swoich progach. Trudnym relacjom w tej rodzinie poświęcona jest spora część tej książki. Tak samo jak wnętrzu dziewczyny, jej rozterkom i emocjom.

W powieści wciąż coś się dzieje. Z początku irytowało mnie, że dziewczyna co parę chwil wpadała na Adama, ale później sama chciałam, żeby spotykali się jak najczęściej. Prowadzili piękne rozmowy. Pełne bólu, ale też zawierające okruchy nadziei. Dialogi nie były sztuczne, a wydarzenia w tej powieści rozgrywały się dość wiarygodnie, choć z baśniowym tłem. Szczerze mówiąc cały czas podświadomie czekałam na jakiś fantastyczny wątek – potem zrozumiałam, że ta książka sama w sobie była pełna jakiejś niewytłumaczalnej do końca magii.

Ptak, zmieniony w chłopca

Wydaje mi się, że zabieg nienadawania imienia głównej bohaterce powieści sprawił, że to głównie na drugim bohaterze skupia się uwaga czytelnika. Stopniowo poznajemy jego trudną historię. A chłopak urzeka swoją mądrością, dzielnością i wrażliwością. Potrafi dostrzec ukryte piękno i sam taki jest. Piękny.

Relacja, która łączy chłopaka i dziewczynę ma w sobie spore ziarno niepewności. Często coś się komplikuje, na ich wspólną drogę spadają raz po raz ciężkie przeszkody. Ale ja kibicowałam im od samego początku. Bohaterowie tej powieści są piękni w swojej wrażliwości i pasują do siebie.

Choć książka nie wycisnęła mi łez z oczu, była dość wzruszająca i raczej delikatnie sugerowała, niż wbijała młotkiem do głowy poszczególne zdarzenia. Lubię taką nienachalność, dlatego ode mnie za tę przyjemną (choć nie w każdym momencie, z oczywistych dla czytelnika względów) lekturę, pani Agacie Czykierdzie-Grabowskiej bardzo dziękuję.

8-/10

Wiek cudów – recenzja w kąciku z kawką

Wiek cudów – recenzja w kąciku z kawką

wiekcudow

Jak wygląda Twój osobisty koniec świata?
Może nie będzie krzykiem? Może nie będzie spektakularny, nagły i bezwzględny?
Może nie nadejdzie wtedy, kiedy się go spodziewasz.

Julia

Julia mieszka z rodzicami w słonecznej Kalifornii. Okazuje się, że dni ulegają spowolnieniu – trwają coraz dłużej.
Co to oznacza dla całego świata? I co to oznacza dla świata Julii?
Julia jest nieśmiałą nastolatką, właściwie wkraczającą dopiero w okres dojrzewania. Ma przyjaciółkę, Hannę, ale ona w wyniku zmian na Ziemi przenosi się z rodziną w inne miejsce. Ale czy da się w ogóle uciec?

Niepokój i smutek

W tej książce najbardziej podobał mi się niepokój, którym podszyte było każde zdanie. Wyrwane z kontekstu nie oznacza niczego strasznego. A jednak połączone z innymi ma wielką moc snucia opowieści pełnej niepewności i lęku.
Nie ma tu pościgów i wybuchów (no, może jakiś wybuch się znajdzie…), wszystko jest wyważone. Świat widziany oczyma Julii jest przykrym miejscem, w którym jednak jest czas na młodzieńcze pocałunki i grę w piłkę. Ale smutek, bezbrzeżny smutek bijący z kart tej powieści jest zabójczy. Duchota stłoczonych zdań – beznadzieja, rozpadająca się rodzina, brak kogokolwiek bliskiego… Czułam ogromne współczucie do głównej bohaterki. Nie miała szczęścia do ludzi. Mogła ufać tak naprawdę tylko sobie.
W tej powieści zmiany w życiu Julii współgrają ze zmieniającym się światem. To, co brało się za pewnik, nie ma już racji bytu. Niebezpieczeństwa czają się wszędzie.

Cudowna nieuchronność

Dla mnie ta historia, szczególnie przez pryzmat zakończenia, była wspaniałym, odważnym aktem ukazania poszukiwań samego siebie. I choć opowieść może nie jest zbyt pozytywna, daje ostatecznie nadzieję na coś ważniejszego niż „my”. Każe zastanowić się nad każdym działaniem, wymierzonym naprzeciw naszej planecie, ale także ukazuje nieuchronność pewnych zmian: czas płynie, dzieci dorastają, Ziemia się kręci…
Pisałam już, że niczego nie można brać za pewnik?
8-/10
Biegając boso – recenzja w kąciku z kawką

Biegając boso – recenzja w kąciku z kawką

biegajac_boso

Po pierwsze: nie czytajcie opisu* książki!

Jak ja nie lubię, kiedy takie opisy streszczają pół powieści i zabierają radość z odkrywania na kolejnych jej stronach magii pierwszego poznania. Naprawdę, to jest cios poniżej pasa i jeśli zamierzacie przeczytać książkę, nie czytajcie jej opisu dla własnego dobra! Zdaję sobie sprawę, że w tym momencie duża część czytelników zerknie właśnie na opis, ale, żeby nie było… ostrzegałam.

*nie chodzi, rzecz jasna, o mój opis 😉

Josie

Josie mieszka wraz z rodziną w małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają i są jak jedna wielka wspólnota. W autobusie zawożącym ją codziennie do szkoły poznaje Samuela, który jest w połowie Indianinem. Wtedy rodzi się między nimi przyjaźń, która… przetrwa długie lata? Skończy się szybciej, niż się zaczęła? Odkryjecie to, gdy przeczytacie.

Trzynastoletnia Josie jest bardzo dojrzała jak na swój wiek. Wynika to z tego, przez co przeszła. Jej spostrzeżenia i przemyślenia mogłyby zawstydzić nawet dorosłego. Bardzo podobała mi się postać młodziutkiej Josie, urzekła mnie jej wnikliwość i nietypowy sposób patrzenia na życie. Brak użalania się nad sobą, przeżywanie emocji, wielka wrażliwość i piękna dusza. Natomiast jej starsza wersja nie przypadła mi już tak bardzo do gustu. Josie nie myśli o sobie, to prawda, nie jest w ogóle egoistyczna (co czasem denerwuje mnie u bohaterów książek), ale jej altruizm jest tak ogromny, że aż nieprawdopodobny. Potrafi dla niego zrezygnować z samej siebie, co w pewnym sensie jest przykre, a z drugiej strony trudne do uwierzenia.

Nie wiem, czy bohaterkę celowo wykreowano tak, by stała się wzorem do naśladowania, ale pod koniec zaczęło mnie to już irytować. No i jeszcze kwestia Samuela…

Samuel

Jak napisałam wyżej, Samuel to mieszaniec. Na początku powieści nie czuje się z tym faktem komfortowo, sprawia wrażenie zagubionego. Jakby nigdzie nie przynależał. Z trywialnego powodu traktuje Josie nie tak, jak powinien. (Wybaczcie te ogólniki, ale naprawdę nie chcę Wam zbyt dużo zdradzać z fabuły). Jego postać, silna, muskularna sylwetka, lekkie zadufanie w sobie, zaciętość i „męskie zachowania” sprawiły, że nie do końca uwierzyłam Amy Harmon, która powołała go do życia na kartach powieści. Był dla mnie trochę jak Edward ze „Zmierzchu”, jeśli rozumiecie, co mam na myśli. A jego romantyczne uniesienia sprawiły, że miałam ochotę rzucić książką w kąt. Zupełnie nieprawdopodobne.

Dlaczego tak

Pomijając kreacje bohaterów, książkę czytało się bardzo dobrze. Emocjonalnie wyważona, splatająca wierzenia Indian z codziennością, okraszona miłością do literatury, a przede wszystkim… wypełniona muzyką. Włączałam sobie do czytania niektóre z utworów muzyki poważnej, które odegrały w powieści dość znaczącą rolę. I Wam też to polecam.

Historia była trochę ckliwa, ale w całym braku prawdopodobieństwa do istnienia takich bohaterów jak Josie i Samuel, wypadła bardzo dobrze. Nie było tam miejsca na nudę, oj nie! Jeśli lubicie nieoczywiste historie o miłości, i książki, z których można wynieść przede wszystkim wrażliwość na muzykę i otaczający nas świat oraz ludzi, zdecydowanie polecam. Dlaczego tak? Bo historia była naprawdę dobrze przemyślana, a moje wynurzenia na temat bohaterów to moje widzimisię. Wydaje mi się, że większości osób może się spodobać.

7/10

Ślady – recenzja w kąciku z kawką

Ślady – recenzja w kąciku z kawką

malecki_slady

Tup, tup, tup… to Ja. Twój prywatny koniec świata.

Ile życiorysów, tyle rozdziałów. Czy może… ile życiorysów, tyle historii w tej książce. Czy jest ona zbiorem opowiadań? I tak, i nie – każdy z opisanych postaci mogłaby tworzyć swoją własną historię, jednak… Ja wolę patrzeć na „Ślady” jak na całość, jak na drzewo, które wypuszcza gałęzie. Niebo jest pochmurne, zanosi się na deszcz. Ale deszcz odżywi drzewo, a drzewo wypuści nowe gałęzie.

Historii jest tu wiele. Pozornie zwykłych, codziennych – ale czytając każdą otwierałam oczy szeroko ze zdumienia. Wielokrotnie widziałam siebie na kartach tej powieści, nawet moje imię się w niej pojawiło. Ale tu nie chodzi o imię, a o zachwyt – bezbrzeżny i cichy, jednak wielki. Tego, co potrafi wyczarować Jakub Małecki, nie da się opisać słowami, choć to słów właśnie używa autor. To jednak, co dzieje się w wyobraźni, jest poza wszelkimi utartymi zwrotami. Gdy czytasz „Ślady„, twoja stopa odbija się wśród nich. I to nic, że Twojej historii tam nie ma – raczej wydaje Ci się, że jej nie ma.

Przeczytanie „Śladów” zajęło mi dwa dni. Dwa krótkie dni, które mogłyby z powodzeniem być jednym. Tak krótka to była przygoda. I ta recenzja jest krótka, ale nie ma potrzeby pisać dłużej.  Nie chcę marnować czasu, który moglibyście poświęcić na czytanie tej książki. I chociaż ja zazwyczaj nie czytam książek dwa razy, czuję, że wiele mi umknęło – choć starałam się zwracać uwagę na każdą literę, kropkę. Mam takie wrażenie, że nic tam nie było przypadkowe. I czuję też, jakbym nie doczytała tej książki, jakby coś jeszcze w niej było, czego teraz nie widzę. Do takich książek trzeba wracać.

8/10

 

 

Była sobie rzeka – recenzja w kąciku z kawką

Była sobie rzeka – recenzja w kąciku z kawką

byla_sobie_rzeka

Koniec. Cóż to była za książka! Jestem pełna podziwu, a dlaczego? Zaraz Wam opowiem. Zaczynam od końca, ale tu koniec jest początkiem. Moja historia z „Była sobie rzeka” właśnie się skończyła, lecz może zacznie się dla kogoś innego dzięki tej recenzji? A już na pewno zaczyna się recenzja. No, to kawka w dłoń i jedziemy.

Rzeka

Czym tak właściwie jest rzeka? Z Wikipedii: jest to naturalny, powierzchniowy ciek płynący w wyżłobionym przez erozję rzeczną korycie, okresowo zalewający dolinę rzeczną (zieeew). Każdy z nas to wie. Może nie do końca znamy definicję, może nie w takiej wersji, ale jednak mimo wszystko wszyscy spotkaliśmy się z jakąś bliżej nieokreśloną rzeką (tak zakładam). Ważnym słowem w przytoczonej definicji jest: płynący. Płynie, a więc się zmienia. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, bo ta rzeka nie jest już tym, czym była, kiedy wchodziliśmy do niej poprzednio. I ta idea przyświecała autorce powieści, Diane Setterfield, gdy zaczęła snuć historię tak mało prawdopodobną, że może… wydarzyła się naprawdę? Historia ta płynie, meandruje, wzbiera i opada, aby w końcu znaleźć ujście i połączyć się z czymś większym od niej.

(Nie)prawdopodobna historia

Kiedy mężczyzna wchodzi do gospody z martwą (?) dziewczynką na rękach, nikt nie jest przygotowany na dalszy rozwój wydarzeń. Ani Margot, właścicielka gospody, która niejedno już widziała, ani Rita, pielęgniarka, która zajmuje się dziewczynką i jej wybawicielem, ani żaden z gości, krewnych, znajomych. Wydarzeń, w których główną rolę odegrają trzy dziewczynki, porwanie, śmierć i… zmartwychwstanie? Wszyscy wpatrują się w osłupieniu w to, co się dzieje, a dzieje się dużo. Każdy opowiada tu własną historię, płynącą jak dopływ większego nurtu, a każda łączy się z resztą i otrzymujemy tę powieść: piękną, ciepłą i przyjazną. 

Czy książka może być rzeką?

Przyznam szczerze, bardzo chciałam przeczytać powieść Diane Setterfield. Nie wiedziałam tylko, kiedy przyjdzie mi to zrobić, ale w końcu wygrałam ją w konkursie. Zabrałam się za nią natychmiast, w lekkim niepokoju przesuwając wzrokiem po kolejnych stronach, bo poprzeczka była ustawiona wysoko. Ale się nie zachwiała.

Książka spełniła moje oczekiwania. Było poetycko, zabawnie, wzruszająco (może nie do łez, ale jednak), wszystko osnute mgiełką tajemniczości. Powiem Wam, że czytało się ją niemal jak wciągający thriller! Czasem jak przygodówkę. Wątków romantycznych było niewiele, zostały zepchnięte na dalszy, bardzo daleki plan (były zaledwie strumyczkiem cichutko szemrzącym wśród gałęzi i traw). I choć ostatnie karty zostały odkryte, ta historia płynie dalej. Gdzieś indziej, u innego czytelnika. Wszak nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Każde zanurzenie w tę historię to… inna już opowieść. I polecam Wam ją poznać.

8/10*

 

 

Cała ja – krótka recenzja w kąciku z kawką

Cała ja – krótka recenzja w kąciku z kawką

IMG_20200411_104605~2

Nietypowa

Dziś będzie o książce nieco nietypowej, ze względu na przedstawione w niej relacje. Niestety nie zdradzę, co w nich takiego nietypowego, bo odebrałabym wam przyjemność (niezbyt trafne słowo w sumie…) dowiedzenia się tego na własną rękę (czy też: na własne oczy). Dla mnie to było mocne. Bardzo mocne. Za zaskakujący wątek – wielki plus dla autorki.

Z opisu wydawcy:

Milena całkowicie traci głowę, gdy całuje Jacka po raz pierwszy. W starszym, zamożnym przyjacielu rodziny odnajduje wszystko, czego brakuje jej rówieśnikom – szacunek, czułość i namiętność. Wydaje się, że wreszcie odnalazła swoje szczęście. Nie wie jeszcze, że przewrotny los szykuje dla niej wielką niespodziankę.

Paula przeżyła tragedię, po której musi na nowo poskładać swój świat. Ciężką pracą próbuje zagłuszyć ból, który towarzyszy jej każdego dnia. Nie wyobraża sobie, że mogłaby znów komuś zaufać – do chwili gdy na jej drodze staje tajemniczy chłopak z tatuażem w kształcie smoka. Wraz z nim nadchodzi wiosna i nadzieja na lepsze dni.
•Co łączy Milenę i Paulę?
•Czy można zapomnieć o dawnych nieszczęściach i spojrzeć w przyszłość z ufnością?
•Czy zranione serce potrafi znów pokochać z całych sił?

Mieszanka wybuchowa

Czytałam już jedną książkę Augusty Docher – „Najlepszy powód, by żyć” – byłam nią zachwycona. Jeśli chodzi o „Cała ja” – tu ten zachwyt był nieco mniejszy, ale to raczej z powodów opisanych wyżej. Pewne sytuacje budzą niesmak – nie znaczy to, że ujmują czegoś powieści – ale mimo to sprawiają, że chce się czytać dalej i dalej. Historię połyka się w całości.

Jeśli już przyjmiemy, że powieść może budzić niesmak u niektórych osób, pozostaje paradoksalnie frapująca, na tyle, by odwracać kolejne strony w tempie olimpijskim. Dość szybko domyśliłam się, jaki jest związek między obiema bohaterkami – ale najlepiej jest to odkryć samemu. Autorka ujawniała tajemnice i kłamstwa stopniowo, żeby to wszystko naraz nie zwaliło się czytelnikowi na głowę. Mimo to książka pozostaje jednym z romansów cięższego kalibru – jeśli mogę to tak ująć.

Jest prawdziwa

Język jest prosty, słowa dobrze dobrane, nie ma tu zbędnego patosu czy wyolbrzymiania. Wszystko jest przedstawione takim, jakim jest – czasem odarte z wszelkiego romantyzmu, czasem śmieszne, nienaturalne, ale jednak prawdziwe.

Za tę właśnie prawdziwość doceniam Augustę Docher. Chociaż historie, które opisuje, mogą się wydawać nie z tej ziemi, choć dziejące się przecież na tej planecie, można łatwo im uwierzyć i wczuć się w nie, jakby samemu było się bohaterem książki.

Ja ze swojej strony polecam, ale przygotujcie się na to, że nie jest to „zwyczajny romans”.

7/10*