Jak skończyłam z paleniem

Jak skończyłam z paleniem

Dziś mija 6 dzień mojego niepalenia. Powiecie – nie masz się czym chwalić. To za krótko. Ale ja przestałam palić w momencie zgaszenia ostatniego papierosa. I to wcale nie jest tak, że musiałam szukać w sobie jakiejś cudownej siły woli, zmagać się sama ze sobą i toczyć wewnętrzną walkę. Okej, może troszkę, może czasem… ale tak naprawdę wszystko zależy od tego, do czego przekonamy swój mózg. A on już zrobi za nas resztę.

Po angielsku nagła chęć na papierosa nazywa się „craving”. Pragnienie. Może ono przybierać różne formy – a bo ktoś ci przypomni o papierosach, przechodząc obok ciebie i dmuchając ci niemalże tym dymem w twarz, a bo pijesz właśnie kawę, i co tu zrobić, bo jak to – kawa bez papierosa? Po obiedzie mam też nie zapalić? I przed snem? Jak to? Czy jest na świecie rzecz, której pragniesz tak często? A nie pragniesz niczego innego, jak tylko autodestrukcji.

Ten przechodzący palacz musi być szczęśliwy. Taak. Jakie on ma niesamowite szczęście, że śmierdzi, że psują mu się zęby i płuca wołają o więcej tlenu. Ale po co tlen, jak jest ten wspaniały tlenek węgla. Ma tyle szczęścia, że się relaksuje, odstresowuje. A czasy, gdy nie był palaczem? Już ich nie pamięta. Nie pamięta, że można być szczęśliwym bez nałogu.

Ja za to pamiętam. To nie było jakoś znowu bardzo dawno temu. Radość sprawiała rozmowa z przyjaciółką, kawałek ciasta, kawa. Spacer w ciepły dzień, słońce na skórze. Zapach powietrza po majowym deszczu. Skoszona trawa. Bez.

Bywało pięknie i bywało zwyczajnie. I nagle – no, może nie tak całkiem nagle – mój świat przesłoniła zasłona dymna. Dosłownie. Trawa już nie pachniała jak dawniej, słońce nie wzbudzało już tak optymistycznych myśli. Uzależniłam się od pozornego przyjaciela, trzymanego zawsze w prawej dłoni. Na początku to było jedynie sporadyczne rozwiązanie – na większy stres, ucieczkę od rzeczywistości. Zanim zdążyłam się zorientować, potrzebowałam się odstresowywać kilka-kilkanaście razy dziennie.

Kto się tyle stresuje? Nawet największy stres przecież mija. I dopiero po 6 latach jestem świadoma tego, że papieros nie uśmierza bólu, nie niweczy stresu – ale go wywołuje. Poziom nikotyny spada i czujesz się nieszczęśliwy. Zapalisz i przez tę parę minut zapominasz o tym, jak bardzo nieszczęśliwy jesteś. Mylisz uczucie ulgi z przyjemnością. Bo nikotynowy zwierzak został nakarmiony i zamilknie, może na godzinę, może dwie, jak dobrze pójdzie. Lecz im dłużej go karmisz, tym bardziej jest głodny.

Niektórzy palą 20 lat i dłużej. Niektórzy po 5 latach idą po rozum do głowy. Niektórzy nigdy nie sięgają po truciznę. Jesteśmy różni. Ale żeby się udało skończyć z tym świństwem, nie potrzeba ci silnej woli, tylko zrozumienia. W głębi duszy, a może i całkiem świadomie potrzebujesz skończyć z paleniem. I jedynym krokiem, jaki musisz zrobić, jest dojście do ładu z samym sobą. Identyfikacja problemu, zgłębienie go, odkrycie przyczyn. A rozwiązanie leży już w zasięgu wzroku.

Żeby przestać palić, trzeba zrozumieć, czym to palenie jest. Można mówić nieskończenie wiele o śmierdzącym oddechu, ubraniach, dłoniach, włosach. O zanieczyszczonych płucach. Nowotworach i śmierci. Ale to tylko potęguje efekt zakazanego owocu, po który tak często sięgasz, choć ci nie smakuje. A później znieczulasz się na ten smak i wydaje ci się, że nie jest już tak ohydny. Musisz zrozumieć, że jesteś ofiarą koncernów tytoniowych, wpływów, biznesu. Płacisz, by umrzeć straszną śmiercią. Ale dobra wiadomość jest taka, że wcale nie musisz.

Nikt nie wkłada Ci papierosów w usta, nie zapala ich, nie zmusza cię do zaciągnięcia się. Sam sobie to robisz. I sam możesz przestać. Po prostu – więcej tego nie rób.

Do takich przemyśleń doszłam, będąc ze sobą sam na sam przez dłuższy czas. I uważam, że każdy może „rzucić”, jeśli tylko użyje trochę mózgu, wprawdzie oszołomionego CO, ale wciąż jakoś funkcjonującego. Naprawdę nie jest tak trudno.

Polecam książkę, którą napisał nieżyjący już Allen Carr – Prosta metoda jak skutecznie rzucić palenie. To ona pomogła mi zrozumieć, że palenie jest problemem, bo powoduje reakcję łańcuchową. Nagle jesteśmy jak ten chomik w kołowrotku. Żeby z niego wyjść, chomik musi przypomnieć sobie, jak wszedł, i zrobić ten jeden mały krok, by opuścić kołowrotek. Nie wymaga to siły woli. Każdy z nas jest w stanie to zrobić.

Kto zna wroga i zna siebie, nie będzie zagrożony choćby i w stu starciach. Kto nie zna wroga, ale zna siebie, czasem odniesie zwycięstwo, a innym razem zostanie pokonany.

Sun Tzu

„Cała prawda o szczęściu” – recenzja

„Cała prawda o szczęściu” – recenzja

„Cała prawda o szczęściu” to powieść pióra Sawyer Bennet.

calaprawda

Młody weteran wojenny, Christopher, by nie wylądować w więzieniu, jest zmuszony iść na terapię. Poznaje tam Jillian, Barb i Connora. Każdy z tych bohaterów to osobna historia, która rozgrywa się na kartach książki, osobne problemy, jednak łączą się one w sposób, który nie jest najłatwiejszy do przewidzenia. Kiedy wyruszają w podróż, nie do końca są świadomi, że będzie to podróż ich życia.

Lubię powieści drogi. Nie wiem, dlaczego tak przypadają mi do gustu, może dlatego, że nie przeczytałam ich zbyt wielu. „Cała prawda o szczęściu” to kolejna z nich. I powiem wprost: jest dobra.

Christopher to prawdziwy „cham i prostak”, przynajmniej na początku. Kiedy obserwujemy jego przemianę pod wpływem zdarzeń i znajomości, zwłaszcza z Jillian, zaczynamy rozumieć przyczyny jego wcześniejszych zachowań. Wszystko układa się w logiczną całość.

Ta książka jest przepełniona bólem. Ale, żeby nie było zbyt okropnie, dostajemy parę recept na ten ból. Tylko czy są one niezawodne? Nikt nie mówił, że będzie łatwo, a cierpienie jest nieodłączną częścią naszej egzystencji. To też pomaga zrozumieć ta książka. I choć nieraz jesteśmy pogrążeni we własnym mroku, słońce nadal istnieje. Może po prostu chwilowo nie czujemy jego promieni.

Te 300 stron powieści przeleciały mi migiem. Jak już raz z nią usiadłam, czułam, że nie wstanę, póki jej nie skończę. I skończyłam.

I jestem pod wielkim wrażeniem.

Podobały mi się kreacje postaci. Podobały mi się perypetie bohaterów. Podobała mi się narracja. Podobało mi się przesłanie tej powieści. Czy coś mi się nie podobało? Jedno z pewnością: książka była za krótka.

8/10

Woda dla słoni – Sara Gruen – recenzja w kąciku z kawką

Woda dla słoni – Sara Gruen – recenzja w kąciku z kawką

woda dla sloni

Cześć! 🙂 Na początku tej recenzji chciałabym przytoczyć opis książki:

Porywająca opowieść o niezwykłej miłości i wielkiej przygodzie, która na zawsze odmieniła życie wszystkich bohaterów. Jacob Jankowski to żywiołowy student weterynarii, jego świat przewartościowuje wiadomość o śmierci rodziców. Pod wpływem impulsu rzuca studia i przyłącza się do wędrownego cyrku, który staje się dla niego zarówno zbawieniem, jak i piekłem na ziemi. Z determinacją próbuje odnaleźć się w tym pełnym skrajnych emocji świecie, sytuację komplikuje jednak uczucie do pięknej Marleny, żony charyzmatycznego tresera Augusta.

Woda dla słoni to mądra, wzruszająca i zabawna powieść, barwni bohaterowie i porywająca narracja wciągają bez reszty.

Czy to faktycznie „porywająca opowieść” i „porywająca narracja”? „Niezwykła miłość” i „wielka przygoda”? Poniżej znajdziecie odpowiedzi na te pytania.

Nie było mi łatwo zabrać się za pisanie tej recenzji. Wolę pisać o książkach, które mnie poruszyły, dały do myślenia, czy nawet takich, przy których „tylko” dobrze się bawiłam. Tutaj… cóż, to była ciężka przeprawa. Nie mówię jednak, że to było doszczętnie złe (ani nie powiem, że było dobre). Zdecydowałam się na tę powieść, bo bardzo spodobał mi się film. I to nie była najlepsza decyzja.

Według mnie najmocniejszym punktem tej powieści były rozdziały, które działy się we współczesności, niebędące wspomnieniami. Starszy pan zyskał moją sympatię, mimo swoich humorów czy tego, jak zdarzało mu się traktować ludzi. Był człowiekiem z krwi i kości. Jego zachowanie budziło śmiech, czasem współczucie. Natomiast jeśli chodzi o młodego Jacoba…

Tu również trudno jest mi się wypowiadać. Z pewnością był to interesujący bohater, ale miałam wrażenie, że nieco zbyt płytko określony przez autorkę. Dawał sobą pomiatać na prawo i lewo, a gdy już (UWAGA: SPOILER)  miał dokonać czegoś imponującego, sprawę załatwiła za niego słonica.

Postać Marleny wykreowano chyba tylko na papierze: w mojej wyobraźni jawiła się jako płaska i bez wyrazu delikatna lalka. Również dawała sobą rządzić, a miłość Jacoba stała się miłym połechtaniem jej ego. Tak przynajmniej to odczuwałam podczas lektury.

Samo uczucie, jakim darzyli się rzekomo Jacob i Marlena było płaskie jak stół. Niby miłość od pierwszego wejrzenia, niby wielkie poświęcenie – ale dla mnie to mętne, niedopowiedziane (w sensie, niestety, negatywnym), puste. Zmarnowany potencjał.

Narracja płynęła dość wartko. Na każdej niemal stronie coś się działo. Doznałam sporego zawodu, gdy okazało się, że najciekawsze sytuacje w powieści nie były dziełem ciężkiej pracy wyobraźni pani Sary Gruen, lecz wydarzyły się naprawdę. Nie twierdzę, że życie nie może nam dostarczać inspiracji, ale jeśli jedyną mocną stroną książki są wydarzenia uprzednio gdzieś już opisane, czuję lekki zawód. Z drugiej strony: można pisać o faktach, ale wypadałoby je połączyć jakimś logicznym ciągiem przyczynowo-skutkowym. Tutaj tego zabrakło.

Jest to więc książka poniekąd oparta na faktach, poniekąd wymysł autorki (ale tam, gdzie mogłaby popisać się piórem, zieją czarne dziury) i trudno zakwalifikować tę dziwną hybrydę do czegokolwiek. Ja śmiertelnie się wynudziłam (mimo tego, że wciąż coś się niby działo), a książkę skazuję na wieczny pobyt na półce. Nie polecę jej nikomu, chyba że jako pomoc w zasypianiu.

Może ktoś z Was czytał „Wodę dla słoni” i ma inne zdanie, którym chciałby się podzielić? 🙂

Na zachętę

4/10.

 

 

 

Adam – A. Czykierda-Grabowska – recenzja w kąciku z kawką

Adam – A. Czykierda-Grabowska – recenzja w kąciku z kawką

adam_czykierda_grabowska

Choć nie czytam już powieści z gatunku „New Adult”, ta książka przekonała mnie, że warto. Oczywiście nie osądzam całego gatunku po jednym przykładzie – ale jeśli „Adam” miałby go reprezentować, polubiłabym się z nim na dłużej.

Dziewczyna o sercu, które czuło za mocno

Bohaterką tej książki jest bezimienna nastolatka, której rodzice prowadzą rodzinę zastępczą. Trafia do niej Adam – skryty chłopak, który zwraca uwagę dziewczyny spojrzeniem ciemnych oczu i tajemnicą, którą zdaje się skrywać. Ona też ma swoje sekrety. Czy los, który postanowił połączyć ścieżki tych dwojga, okaże się dla nich łaskawy? Tego dowiecie się, sięgając po „Adama”.

Dziewczyna nie potrafi nie przywiązywać się do dzieci, które „przejmują” jej rodzice. Chciałaby mieć do tego takie podejście, jak jej matka, która zdaje się nie przejmować tym, że okres pobytu danego dziecka w jej domu właśnie się skończył, i z radością wita kolejne w swoich progach. Trudnym relacjom w tej rodzinie poświęcona jest spora część tej książki. Tak samo jak wnętrzu dziewczyny, jej rozterkom i emocjom.

W powieści wciąż coś się dzieje. Z początku irytowało mnie, że dziewczyna co parę chwil wpadała na Adama, ale później sama chciałam, żeby spotykali się jak najczęściej. Prowadzili piękne rozmowy. Pełne bólu, ale też zawierające okruchy nadziei. Dialogi nie były sztuczne, a wydarzenia w tej powieści rozgrywały się dość wiarygodnie, choć z baśniowym tłem. Szczerze mówiąc cały czas podświadomie czekałam na jakiś fantastyczny wątek – potem zrozumiałam, że ta książka sama w sobie była pełna jakiejś niewytłumaczalnej do końca magii.

Ptak, zmieniony w chłopca

Wydaje mi się, że zabieg nienadawania imienia głównej bohaterce powieści sprawił, że to głównie na drugim bohaterze skupia się uwaga czytelnika. Stopniowo poznajemy jego trudną historię. A chłopak urzeka swoją mądrością, dzielnością i wrażliwością. Potrafi dostrzec ukryte piękno i sam taki jest. Piękny.

Relacja, która łączy chłopaka i dziewczynę ma w sobie spore ziarno niepewności. Często coś się komplikuje, na ich wspólną drogę spadają raz po raz ciężkie przeszkody. Ale ja kibicowałam im od samego początku. Bohaterowie tej powieści są piękni w swojej wrażliwości i pasują do siebie.

Choć książka nie wycisnęła mi łez z oczu, była dość wzruszająca i raczej delikatnie sugerowała, niż wbijała młotkiem do głowy poszczególne zdarzenia. Lubię taką nienachalność, dlatego ode mnie za tę przyjemną (choć nie w każdym momencie, z oczywistych dla czytelnika względów) lekturę, pani Agacie Czykierdzie-Grabowskiej bardzo dziękuję.

8-/10

Wiek cudów – recenzja w kąciku z kawką

Wiek cudów – recenzja w kąciku z kawką

wiekcudow

Jak wygląda Twój osobisty koniec świata?
Może nie będzie krzykiem? Może nie będzie spektakularny, nagły i bezwzględny?
Może nie nadejdzie wtedy, kiedy się go spodziewasz.

Julia

Julia mieszka z rodzicami w słonecznej Kalifornii. Okazuje się, że dni ulegają spowolnieniu – trwają coraz dłużej.
Co to oznacza dla całego świata? I co to oznacza dla świata Julii?
Julia jest nieśmiałą nastolatką, właściwie wkraczającą dopiero w okres dojrzewania. Ma przyjaciółkę, Hannę, ale ona w wyniku zmian na Ziemi przenosi się z rodziną w inne miejsce. Ale czy da się w ogóle uciec?

Niepokój i smutek

W tej książce najbardziej podobał mi się niepokój, którym podszyte było każde zdanie. Wyrwane z kontekstu nie oznacza niczego strasznego. A jednak połączone z innymi ma wielką moc snucia opowieści pełnej niepewności i lęku.
Nie ma tu pościgów i wybuchów (no, może jakiś wybuch się znajdzie…), wszystko jest wyważone. Świat widziany oczyma Julii jest przykrym miejscem, w którym jednak jest czas na młodzieńcze pocałunki i grę w piłkę. Ale smutek, bezbrzeżny smutek bijący z kart tej powieści jest zabójczy. Duchota stłoczonych zdań – beznadzieja, rozpadająca się rodzina, brak kogokolwiek bliskiego… Czułam ogromne współczucie do głównej bohaterki. Nie miała szczęścia do ludzi. Mogła ufać tak naprawdę tylko sobie.
W tej powieści zmiany w życiu Julii współgrają ze zmieniającym się światem. To, co brało się za pewnik, nie ma już racji bytu. Niebezpieczeństwa czają się wszędzie.

Cudowna nieuchronność

Dla mnie ta historia, szczególnie przez pryzmat zakończenia, była wspaniałym, odważnym aktem ukazania poszukiwań samego siebie. I choć opowieść może nie jest zbyt pozytywna, daje ostatecznie nadzieję na coś ważniejszego niż „my”. Każe zastanowić się nad każdym działaniem, wymierzonym naprzeciw naszej planecie, ale także ukazuje nieuchronność pewnych zmian: czas płynie, dzieci dorastają, Ziemia się kręci…
Pisałam już, że niczego nie można brać za pewnik?
8-/10
Biegając boso – recenzja w kąciku z kawką

Biegając boso – recenzja w kąciku z kawką

biegajac_boso

Po pierwsze: nie czytajcie opisu* książki!

Jak ja nie lubię, kiedy takie opisy streszczają pół powieści i zabierają radość z odkrywania na kolejnych jej stronach magii pierwszego poznania. Naprawdę, to jest cios poniżej pasa i jeśli zamierzacie przeczytać książkę, nie czytajcie jej opisu dla własnego dobra! Zdaję sobie sprawę, że w tym momencie duża część czytelników zerknie właśnie na opis, ale, żeby nie było… ostrzegałam.

*nie chodzi, rzecz jasna, o mój opis 😉

Josie

Josie mieszka wraz z rodziną w małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają i są jak jedna wielka wspólnota. W autobusie zawożącym ją codziennie do szkoły poznaje Samuela, który jest w połowie Indianinem. Wtedy rodzi się między nimi przyjaźń, która… przetrwa długie lata? Skończy się szybciej, niż się zaczęła? Odkryjecie to, gdy przeczytacie.

Trzynastoletnia Josie jest bardzo dojrzała jak na swój wiek. Wynika to z tego, przez co przeszła. Jej spostrzeżenia i przemyślenia mogłyby zawstydzić nawet dorosłego. Bardzo podobała mi się postać młodziutkiej Josie, urzekła mnie jej wnikliwość i nietypowy sposób patrzenia na życie. Brak użalania się nad sobą, przeżywanie emocji, wielka wrażliwość i piękna dusza. Natomiast jej starsza wersja nie przypadła mi już tak bardzo do gustu. Josie nie myśli o sobie, to prawda, nie jest w ogóle egoistyczna (co czasem denerwuje mnie u bohaterów książek), ale jej altruizm jest tak ogromny, że aż nieprawdopodobny. Potrafi dla niego zrezygnować z samej siebie, co w pewnym sensie jest przykre, a z drugiej strony trudne do uwierzenia.

Nie wiem, czy bohaterkę celowo wykreowano tak, by stała się wzorem do naśladowania, ale pod koniec zaczęło mnie to już irytować. No i jeszcze kwestia Samuela…

Samuel

Jak napisałam wyżej, Samuel to mieszaniec. Na początku powieści nie czuje się z tym faktem komfortowo, sprawia wrażenie zagubionego. Jakby nigdzie nie przynależał. Z trywialnego powodu traktuje Josie nie tak, jak powinien. (Wybaczcie te ogólniki, ale naprawdę nie chcę Wam zbyt dużo zdradzać z fabuły). Jego postać, silna, muskularna sylwetka, lekkie zadufanie w sobie, zaciętość i „męskie zachowania” sprawiły, że nie do końca uwierzyłam Amy Harmon, która powołała go do życia na kartach powieści. Był dla mnie trochę jak Edward ze „Zmierzchu”, jeśli rozumiecie, co mam na myśli. A jego romantyczne uniesienia sprawiły, że miałam ochotę rzucić książką w kąt. Zupełnie nieprawdopodobne.

Dlaczego tak

Pomijając kreacje bohaterów, książkę czytało się bardzo dobrze. Emocjonalnie wyważona, splatająca wierzenia Indian z codziennością, okraszona miłością do literatury, a przede wszystkim… wypełniona muzyką. Włączałam sobie do czytania niektóre z utworów muzyki poważnej, które odegrały w powieści dość znaczącą rolę. I Wam też to polecam.

Historia była trochę ckliwa, ale w całym braku prawdopodobieństwa do istnienia takich bohaterów jak Josie i Samuel, wypadła bardzo dobrze. Nie było tam miejsca na nudę, oj nie! Jeśli lubicie nieoczywiste historie o miłości, i książki, z których można wynieść przede wszystkim wrażliwość na muzykę i otaczający nas świat oraz ludzi, zdecydowanie polecam. Dlaczego tak? Bo historia była naprawdę dobrze przemyślana, a moje wynurzenia na temat bohaterów to moje widzimisię. Wydaje mi się, że większości osób może się spodobać.

7/10

Ślady – recenzja w kąciku z kawką

Ślady – recenzja w kąciku z kawką

malecki_slady

Tup, tup, tup… to Ja. Twój prywatny koniec świata.

Ile życiorysów, tyle rozdziałów. Czy może… ile życiorysów, tyle historii w tej książce. Czy jest ona zbiorem opowiadań? I tak, i nie – każdy z opisanych postaci mogłaby tworzyć swoją własną historię, jednak… Ja wolę patrzeć na „Ślady” jak na całość, jak na drzewo, które wypuszcza gałęzie. Niebo jest pochmurne, zanosi się na deszcz. Ale deszcz odżywi drzewo, a drzewo wypuści nowe gałęzie.

Historii jest tu wiele. Pozornie zwykłych, codziennych – ale czytając każdą otwierałam oczy szeroko ze zdumienia. Wielokrotnie widziałam siebie na kartach tej powieści, nawet moje imię się w niej pojawiło. Ale tu nie chodzi o imię, a o zachwyt – bezbrzeżny i cichy, jednak wielki. Tego, co potrafi wyczarować Jakub Małecki, nie da się opisać słowami, choć to słów właśnie używa autor. To jednak, co dzieje się w wyobraźni, jest poza wszelkimi utartymi zwrotami. Gdy czytasz „Ślady„, twoja stopa odbija się wśród nich. I to nic, że Twojej historii tam nie ma – raczej wydaje Ci się, że jej nie ma.

Przeczytanie „Śladów” zajęło mi dwa dni. Dwa krótkie dni, które mogłyby z powodzeniem być jednym. Tak krótka to była przygoda. I ta recenzja jest krótka, ale nie ma potrzeby pisać dłużej.  Nie chcę marnować czasu, który moglibyście poświęcić na czytanie tej książki. I chociaż ja zazwyczaj nie czytam książek dwa razy, czuję, że wiele mi umknęło – choć starałam się zwracać uwagę na każdą literę, kropkę. Mam takie wrażenie, że nic tam nie było przypadkowe. I czuję też, jakbym nie doczytała tej książki, jakby coś jeszcze w niej było, czego teraz nie widzę. Do takich książek trzeba wracać.

8/10